Opowiastki z pracy w sklepie z przymrużeniem oka
RSS
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Nie lubię zdrobnień, jakichkolwiek. Imion, nazw przedmiotów itd. Dostaję apopleksji jak ktoś zdrabnia moje imię. ;] Nie przeczę, że czasem i mi się zdarzy poprosić o grosika, ale...

Ostatnio dostałam raka jak siedziałam na kasie, podeszła laska i powiedziała:

- Może mi pani sprawdzić cenkę, bo na czytniczku mi nie wyświetla.

Zamknęłam oczy. Przetrawiłam to w cierpieniu, sprawdziłam cenę i odpowiedziałam z uśmiechem w jej stylu.

- Dyszkę :)

czwartek, 09 kwietnia 2015

Poranne wykładanie towaru, na tapecie owoce i warzywa. Klienci jak to zwykle wolę jak najświeższe i mało istotne jest to, że dokładnie to samo przed chwilą zostało wyłożone na stoisko. Świeższe będzie przecież jednak to prosto z palety. Gość przebiera i wybiera wśród pomidorów. Zdecydował się na jak się za chwilę okazało ryzykowną opcję wzięcia towaru prosto z palety. Facet schylił się, a jednocześnie w tym momencie spadły mu spodnie z tyłka.

Wrażenia nie do opisania... Jakieś szkodliwe powinni nam płacić :D

środa, 08 kwietnia 2015

Spokojny wieczór, mało ludzi, lenistwo górą, to siedzę sobie na kasie chwilę bez obsługi klienta i łapię oddech. W oddali widzę gościa, który się szykuje do podejścia do kasy, mam jeszcze chwilę, to stwierdzam, że sobie posmaruję usta, bo coś mi wyschły. Raz, dwa usta nawilżone, ale zobaczył to ten właśnie klient, podchodzi więc do kasy i mówi do mnie:

- Usta pomalowane, to teraz możemy się całować.

Yyyy... aż mnie zatkało na chwilę, ale odpowiadam:

- Marzyć dobra rzecz.

- Ja stary kawaler. - i patrzy na mnie dziwnie.

Już nie drążyłam jednak dalej tematu.

Grunt to umieć się dobrze zareklamować. ( ͡º ͜ʖ͡º)

15:37, butterfly_motylek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 lutego 2015

Poranna cisza i spokój, dokładam towar w półki, jednocześnie będąc na kasie. Wchodzi klient i podchodzi do mnie, pytając się czy może mu ktoś zamienić 2x50 groszy na całą złotówkę, bo inaczej nie weźmie koszyka. Mówię, że jasne, mogę to zrobić ja, ale dopiero jak będzie jakiś klient, bo tylko wtedy mogę otworzyć kasetkę. Nie skasuję - nie otworzę. Na to gość:

- No, ale ja jestem klientem.

- Zgadza się, ale ja nie mam możliwości otworzyć kasetki, dopóki nie skasuję.

- No to niech pani skasuje.

- Chętnie, ale nie mam czego.

- Ale ja jestem klientem!

- A kupuje pan coś?

- Pani jest nienormalna.

I poszedł.

Ja? Serio?

Czy ja mówię po chińsku czy co, że mnie ludzie nie rozumieją? Nie wiem.

22:38, butterfly_motylek
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 grudnia 2014

Niedługo Mikołaj i Święta, ludzi coraz więcej, ale dzień nawet miło leciał. Do czasu. Zaczynam kasować babkę, a ona mi wyskakuje z tekstem.

- Proszę mi pokazać gdzie tu jest data ważności. - i wskazuje na rukolę.

- Nie ma. - opowiadam zwięźle i na temat.

- Jak to nie ma?! - atakuje mnie oburzona.

- No nie ma, nie na wszystkim są daty ważności. Niektóre rzeczy ocenia się na oko, jeśli chodzi o warzywa i owoce. Jeśli zepsute, to do kosza.

- Na wszystkim! Jest ustawa...

Przerwałam jej, bo zaczęła na mnie podnosić głos, a tego nie zdzierżę. 

- Nie na wszystkim, na wódce np. nie ma.

- Na wszystkim powinna być data ważności!

Nie będę dyskutować z idiotką.

- Zawołać kierownika, on pani wytłumaczy, że nie na wszystkim. 

- Nie, data ważności powinna być  na wszystkim. - odpowiada i wychyla się, by zobaczyć mój identyfikator. - Motylowa, zapamiętam sobie.

No teraz to mnie siekło. Będzie mi grozić?

- Na jabłku też ma pani datę ważności? Czy może jednak ocenia je na oko, czy jest jeszcze świeże?

  

Klienci musieli mnie uspokajać. Głupoty nie zniesę.

czwartek, 04 grudnia 2014

Druga zmiana, dopiero w sumie zaczęłam pracę. Kasuję starszą babkę, nagle zaczyna dzwonić jej telefon. Nie interesuje się niczym poza nim, zostawiła torebkę, reklamówkę i portfel na taśmie, grzebie za telefonem. Skasowałam ją, dała mi kasę, wydałam resztę i przełożyłam jej rzeczy na drugą stronę. Zaczynam kasować kolejną osobę, a tu dolatuje do mnie jej pytanie:

- Ja pani zapłaciłam?

ZONK.

- Tak, nawet wydałam pani resztę.

- Ale ja nie mam reszty.

- Ja pani wydałam.

- Ale nigdzie nie mam. 

- Nie wiem gdzie pani włożyła resztę. Trzeba było się interesować tym co się dzieje tu, a nie dzwoniącym telefonem.

- Nie mam paragonu.

- Bo wydałam z resztą. 

- Ale ja nie mam.

- To nie mój problem. Jak pani nawet nie wie, że mi zapłaciła, to o czymś świadczy. 

- Ale ja nie mam reszty!

- Mam zawołać ochronę, by to sprawdziła?

- Nie, nie trzeba.

- W takim razie proszę mi tu nie insynuować niczego. 

- Ale...

- Do widzenia.

Oby nie. :/ Ludzie ogarnijcie się z tymi komórkami.  

21:58, butterfly_motylek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2014

To nie był mój dzień. Wybrałam się na zakupy i po prostu stwierdziłam, że jednak mimo wszystko u mnie w sklepie panuje większa kultura.

Idę sobie zerkając co by tu kupić jeśli chodzi o warzywa, aż tu nagle słyszę takie niemrawe "Sorry". Odwracam się, nie było skierowane do mnie, ale już widzę przez kogo i do kogo. Otóż pracownik sklepu próbował przejechać koło stoiska z takim koszem metalowym, na którym często wystawiane są promocje w dyskontach i swoją wypowiedź skierował do kobiety, która przeglądała coś na warzywniaku i go nie zauważyła i nie usłyszała. Przyglądam się sytuacji, a on powtarza się z już głośniejszym, nieprzyjemnym "Sorry", w domyśle "Klient moim wrogiem i tylko mi tu przeszkadza". Usłyszała to kobieta i się spłoszyła robiąc miejsce. Ale mnie już poniosło i się odezwałam:

- Sorry, to pan może mówić do swoich kolegów, a nie do klienta. To nie jest pana koleżanka, żeby się tak zwracał do tej pani. Trochę kultury!

Kobieta spojrzała do mnie i podziękowała mi głową, a ja poszłam dalej. Chamstwa nie zniesę.

Pojechałam następnie do Tesco. Pech mnie prześladował w dalszym ciągu. Stałam już w kolejce do kasy. Kobietka przede mną płaciła kartą, a kasjerka w tym czasie sobie zaczęła sprawdzać telefon i pisać smsa. Jeszcze pół biedy, ale miała zacząć obsługiwać mnie, a zamiast tego zaczęła z owego telefonu dzwonić sobie, chyba do męża.

- No hej, a dzwonię zapytać się czy kupiłeś mi te baterie, o których mówiłam. Aha, no to kup, a nie mogę teraz rozmawiać. A co tam w domu, mała jak w przedszkolu? Aha, no to dobrze. Zadzwonię do Ciebie za chwilę, bo będę szła na przerwę...

Skasowała mnie podczas tej rozmowy, a wcale mało zakupów nie miałam. Oczywiście, ani me, ani be, ani pocałuj się w dupę.  

Wrrr, no kurde, braku kultury nie zniesę!

Poranek, ludzie na ogół kupują śniadanie, ruchu jak na razie żadnego.

Skasowałam jedną kobitkę, pakuje zakupy i nagle mi wyskakuje z tekstem:

- Ale to nie moja flaszka.

- A niby czyja? - rozglądam się, nikogo.  Dzwonię, więc na kierowniczkę. Przyszła, wyjaśniłam jej, wycofała, odłożyła na półkę. Ja lekki nerw.

Mija niecałe dwie minuty, a tu pokazuje się na horyzoncie młody chłopak, ale już powyżej 18 lat, z dwoma bułkami w ręce, w tym jedna już zjedzona do połowy i potwornie przy tym mlaska. Rozgląda się, ja myślę sobie "oho, szuka flaszki".  Zgadłam. Nie znalazł swojej, więc wziął kolejną i kładzie mi na taśmie. 

- Dzień dobry.

-Mlask, bry, mlask.

- To pana flaszka byłą tu wcześniej?

- No, mlask..

- Tak się nie robi, że zostawia się na taśmie, bez powiedzenia ani jednego słowa. 

- No, ale nic się nie stało przecież.

- Stało się, bo zdążyłam już ją skasować innej klientce, zadzwonić po kierowniczkę, a ta zdążyła przyjść i ją wycofać. 

- Mlask, aha, no to sorry.

Skasowałam gościa, a że miałam nerwa, to zwróciłam mu uwagę, że się niezakupionego towaru nie je, ponieważ cały czas mlaskał i trzymał w ręce swoje bułki.

- Mlask.

Wrrr! Ale chyba podniosłam mu ciśnienie, bo w odwecie usłyszałam.

- Czemu pani rzuca moim towarem?

No tak, flaszka to faktycznie, da się trochę szkłem porzucać...

- Szacunek dla chleba!

Że co? Przecież on sam trzyma swoje bułki w ręce, więc o co mu chodzi? :D

- Słucham? "Chleb" to pan trzyma w ręce, więc nie rozumiem?

Zorientował się, strzelił buraka i poszedł. 

Nerw pozostał. Wrrr! 

środa, 22 października 2014
Pierwszy dzień poważnego ochłodzenia, deszcz cały dzień siąpi, ludzie zaczynają na mnie kichać, parskać i smarkać. Ruch w tym momencie względny.
- Można jeszcze jedną kasę?
- Bardzo chętnie, ale nie można, nie ma komu usiąść.
- Ale jak to?
- Tak to, ludzie chorują.
- Ale jak to?
- Tak to, tego się nie przewidzi, że ktoś się pochoruje.
- Ale jak to???
Zabiłam ją wzrokiem, klienci już jej musieli tłumaczyć, że stoi czwarta i niech nie dramatyzuje.
- Ale pan ma tu cały wózek zakupów.
- Tak proszę pani, 80kg cukru...
Gość spojrzał na nią jak na debilkę.
- Ale...
Przerwał jej:
- Zajmie mi to najwyżej 30 sekund. Co się pani tak piekli.
Pani już się przestała pieklić.
Panu zajęło to 20 sekund. 
18:44, butterfly_motylek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2014

Akcja dzieje się, gdy siedzę na kasie.

- Może byś tak zadzwoniła na kasę?

Czy ja dobrze usłyszałam? Obracam się i widzę delikwenta. No ok, kolejka się zrobiła, ale co to za odzywka.

- Słucham?

- Może byś tak zadzwoniła. Kolejka jest.

- Przepraszam bardzo, ale nie jesteśmy na ty.

- Dzwoń, to twój obowiązek, a nie siedzisz tu jak krowa.

I tu mnie siekło. Ciśnienie 200/300, ale klientce chyba bardziej skoczyło i jak nie zaczęła się drzeć.

-Trochę kultury! Jak można się tak zwracać do kobiety! Jak się coś nie podoba to do kierownika, a nie psuć humor na cały dzień kasjerce. Jakim trzeba być chamem żeby się tak do kogoś zwracać! Kultury trochę!

I jeszcze jakoś go tam określała, ale z nerwów to już nie pamiętam końcówki jej wypowiedzi. I tu wyszło na to, że dobro powraca. Nie słodząc sobie, klienci mnie lubią, bo jak to mówią: miła, uśmiechnięta i pogada zawsze, więc stanęli za mną i powiedzieli jeszcze parę słów. 

- Polskie chamstwo.

- Jak tak można?

- Zero kultury.

Gość poszedł do innej kasy, na którą wcześniej zadzwoniłam. 

Do tej pory mnie nerw szarpie na wspomnienie tej historii. Najgorsze, że pewnie nie raz mi przyjdzie obsłużyć tego delikwenta.  

Stały klient, wysoki, już siwawy, prezentuje się w miarę ok, ale jak to mówią: Pozory mylą. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Tagi