Opowiastki z pracy w sklepie z przymrużeniem oka
RSS
środa, 01 czerwca 2011

Komuś kto nie pracuje w sklepie ciężko być może będzie zrozumieć tę historię. Ogólnie jest tak: kasa monopolowa znajduje się na sklepie, tam zakupione wyższe procenty się kasuje i przedstawia paragon przy kasie, który my podpisujemy, co jest znakiem dla nas, że towar zakupiony na ten paragon już przeszedł przez kasę. Dziś był nowy kierownik z innego sklepu i to on sprzedawał klientom na monopolu. To tyle tytułem wstępu. 

Miałam do roboty na 9, sklep otwarty jest od 8. Siadam sobie na kasie w razie gdy koleżanka z kasy obok ma kolejkę, dochodzi już godzina 9:40 i oto nadchodzi piekielna klientka. Przedstawia mi wino Z i paragon. Podpisany. No to standardowo włącza mi się lampka ostrzegawcza, bo zdarza się, że klienci chcą na ten sam paragon wziąć drugi raz towar. Zerkam na godzinę sprzedaży, 8:42, sprzed godziny. Coraz bardziej nie podoba mi się cała ta sytuacja, więc pytam się babki, kto jej ten paragon podpisał. Na co ona, że to ten pan co jej sprzedał, pytam się więc koleżanki z kasy obok, czy ten nowy kierownik podpisuje sam paragony. Potwierdziła mi, no więc wyszło na to, ze babka przez godzinę zwiedziała nasz sklep, który nie jest przecież taki duży, no ale... Niech jej będzie. I się zaczeło. Babka strzeliła focha, że co to ma być! Że jak traktujemy klienta! Że ona się teraz okropnie czuje, że powinno się to z kierownikiem ustalić, co z tymi paragonami! Że tak nie może być! Pomarudziła jeszcze chwilę i poszła. A ja siadłam i rozkminiam o co ona się tak właściwie oburzyła, nic takiego nie powiedziałam, nie zrobiłam. Całkowity spokój i opanowanie, zero oskarżeń. No cóż, najwidoczniej ten typ tak ma. Dama. A ja swoje obowiązki też mam i pracować chcę.

Przychodzi taki jeden klient i zazwsze stara się ustawiać w mojej kolejce do kasy, by sobie poromansować, pozarzucać tekstami w jego mniemaniu śmiesznymi. Ogólnie gość przy częstym spotkaniu się robi męczący, bo wierzcie mi, żart by kasować co drugi towar, lub dać jakiś rabacik słyszany codziennie po kilka razy, naprawdę traci na śmiesznosci. Na dodatek usłyszał kiedyś moje imię, powiedzmy że brzmi ono Motyl i teraz tylko mi Motylkuje. Przyszedł dziś, nawet specjalnie nie narzucał się skasowałam go i poszedł. I wydawałoby się, że to koniec historyjki, ale gdzieżby tam. Wraca koleżanka z fajeczki na tzw. zewnętrznym, czyli sprzed sklepu. Wchodzi i od wejścia mówi do mnie:

- Nie uwierzysz jak Ci coś powiem.

Widząc jej rozradowaną minę, nie byłam pewna czy chcę to usłyszeć. :P Podchodzi do mnie i do ucha mi szepce:

- Nie wiem skąd ten gośc zna Twoje imię, ale stał i ze mną przez chwilę rozmawiał i powiedział, że "W Motylka oczach to ewidentnie widać brak seksu". :D

 Buahahaha, no cóż... ;)

Z okazji dzisiejszego Dnia Dziecka, wszystkim maluchom na oko do 13ego roku życia rozdawaliśmy lizaki. Tak też było w tym wypadku, dzieciak dostał lizaka, uciecha wielka na twarzy, mama standardowo pyta się pociechy: - Co się mówi? - Dziękuję. I wielki burak na twarzy. A za nimi było dwóch facetów i się zaczeło... Naprzemian zaczęli gadkę jak z karabinu maszynowego:

- Dzień dobry, a my też dostaniemy po lizaku? A może buzi? Czy po buzi? Czy może du..

I tu się gość powstrzymał. Zorientował się co chciał powiedzieć i szybko z kolegą odszedł od kasy. Hahahaha, idę wcinać dalej swojego lizaka. ;D

wtorek, 31 maja 2011

Przy pierwszej kasie znajduje się weneckie lustro. Z biura widać jakie są aktualnie kolejki przy kasach, a z drugiej strony jest normalne lustro i co trzecia kobieta poprawia w nim fryzurę :P Ale ostatnio mnie rozbawił gość, który stanął, zarzucił spojrzeniem nr 5, czyli spod byka i najwidoczniej nie spodobała mu się fryzura którą ujrzał na głowie, bo wziął zrobił tzw. szopę na głowie, że się pokładałam na kasie ze śmiechu. :D

piątek, 27 maja 2011

Dzisiejszy dzień był tak zamulony, klienci mi ziewali w kolejce, ja im i tak siebie nawzajem zarażaliśmy. Senna atmosfera, pogoda niby dopisywała, ale każdy z nas pracowników miał jakiś spadek formy. Siedzę sobie na kasie, regułą jest u nas, że zanim zacznę kasować klienta to czekam aż przejebie wózkiem za kasę, bym mogła zobaczyć czy czegoś nie przemyca ;) bądź nie zauważył i nie wyciągnął na taśmę. Z reguły klienci czegoś nie zauważą, bo wierzcie mi, jak chcą coś ukraść, to i tak to zrobią. Tak czy siak, podchodzi klient i zaczynam:

- Dzień dobry.

- Dzień dobry. - odpowiada mi i przejeżdza wózkiem mówiąc: - Tu mam jeszcze...

Patrzę co mi tam przemyca i kończę:

- JAJA.

Nie wiem czemu powiedziałam to takim tonem i w dodatku sporo głośniej od jego tonu wypowiedzi, ale natychmiast gość się roześmiał, ja też nie mogłam się powstrzymać. Oboje się zaczeliśmy polewać z całej sytuacji, następna klientka patrzy na nas jak na wariatów, a ja się momentalnie obudziłam z letargu kasowego :D Żeby tego było mało, gość kontynuuje:

- Lepiej mieć, niż zostać bez.

Padłam na miejscu ze śmiechu ze łzami w oczach. :D 

19:27, butterfly_motylek
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 maja 2011

To najdziwniejsza chyba sytuacja jaka mi się przytrafiła. Dzień od początku był jakiś zakręcony. W roli głównej ja i dwóch facetów. Siedzę sobie najnormalniej w świecie na kasie, zwyczajowe "dzień dobry, dziękuję, do widzenia", aż tu nagle podchodzi dwóch mężczyzn. Z wyglądu normalni goście, raczej pracownicy fizyczni. Zaczynam kasować, a oni mi wyskakują z tekstem, że mam ładny uśmiech. To dla mnie nie nowość, słyszę to co najmniej raz dziennie, ale... Oni zaczynają ciągnąć dalej rozmowę i jeden z gości mówi:

- Ja ze swoją żoną chciałbym się umówić z Panią.

Trochę mnie zatkało, ale zastanawiam się o czym on mówi. Gość niezrażony niczym ciągnie dalej.

- A o której Pani kończy pracę? To ja z żoną będziemy czekać. 

I wtedy pokazuje na drugiego gościa jakoby to on własnie był tą żoną. ZONK O_O Totalnie mnie zatkało. Coś tam jeszcze słodzili, ale niewiele już pamiętam z tej sytuacji, bo byłam zbyt zszkowana. Ale nie wdawałam się w ich zaczepki, grzecznie z szokiem na twarzy powiedziałam "do widzenia", a oni poszli. Odwacam się do koleżanki obok na kasie i pytam się jej czy słyszała to co ja. Mówi że tak, ale nie wszystko, więc utwierdziłam się w przekonaniu, że mi się jednak nie przewidziało. :P Efekt był taki, że bałam się z roboty wyjść po 22. :|

wtorek, 24 maja 2011

Ja nie wiem czemu u klientów panuje przekonanie, że my jakieś rzeczy specjalnie chowamy na magazynie, dotyczy to zwłaszcza rzeczy z tzw. non foodu, czyli towaru, który znajduje się na metalowych koszach i jest wystawiany na promocje w każdy poniedziałek i czwartek. Nic nie ukrywamy przed klientami, a tym bardziej specjalnie. Rozkładają więc na łopatki takie sytuacje:

- A nie macie na magazynie tego i tamtego?

- Nie, cały towar jest wystawiony na sklepie.

- A na pewno, mogłaby pani sprawdzić?

I mina jak u zwieszonego psa. No przecież nie ukrywamy towaru, by się nie sprzedawał :|

17:07, butterfly_motylek
Link Komentarze (1) »
środa, 18 maja 2011

Panowie czasem po prostu rozkadają ludzi na łopatki. Ostatnio mi się taki ewenement trafił. Akurat robiłam tzw. trzydziestki, czyli sprawdzałam daty towarów z chłodni, by je przecenić o 30%. Z daleka już słyszałam gościa, który rozmawiał ze swoją drugą połówką przez telefon i robili wspólnie zakupy. [J]a, [F]acet:

F: To co byś chciała? A nie wiem zobaczę. Szynka gotowana? Nie wiem, zobaczę. Przepraszam, gdzie znajdę szybkę gotowaną? 

Gość stoi praktycznie naprzeciwko.

J: Tutaj jest taka, tutaj ma pan taką, a tu taką.

F: Dziękuję. Ok kochanie mam taką a taką, za tyle i tyle, jest też taka i taka za tyle oraz taka za tyle. Którą chcesz? Ok to wezmę tę. I co jeszcze mam kupić? Sałatkę? Ale jaką chcesz? Aha, samą surówkę, świeżą, zobaczę czy jest. Przepraszam gdzie znajdę surówki?

Była zaledwie dwa kroki dalej. Pokazałam, ale był tylko juz o tej porze tylko jeden rodzaj, bo te przychodzą codziennie świeże.

F: Dziękuję. Kochanie, ale jest tylko rodzaj, wiejska jakas została, może być taka? Aha, ok, a co jeszcze chcesz? Aha, no dobra to idę zoabczyc co jest.

I poleciał dalej zakupować się ze swoją wybranką. Faceci ;) 

A właściwie klientka. Pamiętam ten dzień jak dziś. 23 kwietnia, dzień przed świętami wielkanocnymi. Ludzie oczywiście zostawili jak zwykle zakupy na ostatnią chwilę. Kolejki, kolejki... A nas samych pracowników bardzo mało, wiadomo, pracownicy też ludzie i rodziny mają, więc ekipa standardowa, jak w dzień powszedni, bez wzmocnienia. Siedzę na kasie, bo gdzież by indziej w takiej sytuacji. I oto nadchodzi ona... Wydawałoby się normalna kobieta, ale podchodzi i mówi do mnie: Proszę tylko do 80 kasować, bo więcej nie mam pieniędzy. Patrzę na taśmę i na moje oko jest co najmniej 170. Wiedziałam już, że w takim razie będzie góra towaru do rozniesienia. No, ale dobra, może się mylę w ocenie wartości towaru, zaczynam kasować. Na początek dała rzeczy, które były 30% taniej, bo kończyla im się data ważności, zależnie od towaru, najczęściej tydzień przed terminem jest przecena. I już się zaczęło... Kwota niebiezpiecznie urosła. Babka chyba spodziewała się, że 30% taniej to wyjdzie za parę groszy... Klientka zaczyna wybierać: A może to jeszcze pani doda, a to na pewno, bo tego potrzebuję, a może to i to... Zwróciłam jej uwagę, żeby zaczęła pakować rzeczy, bo nie mam gdzie już nowych powoli kłaść. Ona skwitowała to: Ojjj, no już już... I dalej wybiera. Stuknęło osiem dych, babka sprawdza ile ma dokładnie pieniędzy, coś tam jeszcze dobiera, ok ma tyle, ale drugie pół towaru mi zostało na taśmie... :/ Na szczęście mi się jakoś wszystko zmieściło, ułożone na wielkiej górze. Kobieta wraca się do wyłożonego towaru i zaczeła się właściwa akcja. Ona do mnie, że jeszcze to i to mam skasować, a żeby wycofać to i tamto, bo ona to co chce wziąć teraz, jest bardziej potrzebne. No to dzwonię na kierowniczkę, bo do storno potrzebuję klucza. Przychodzi D. i jej mówię co i jak. Ona wymownie spojrzała na rzeczy pozostawione przez kobietę na taśmie, na mnie też z wielkim niedowierzaniem, wycofała co trzeba, jest ok. Babka zapłaciła, zakończyłam paragon, a towar? Towar leży i czeka na spakowanie, bo kobieta była zbyt zajęta wybieraniem, by pakować. Nagle skądś pojawia się jej syn, z wyglądu typowy emo nastolatek, nie obrażając nikogo i jakby miał dwie lewe ręce, stanął i stoi. Babka zorientowała się, że zajęte mam pół taśmy i nie mam jak dalej kasować klientów, wzieła wózek, ten do którego robiła zakupy i włożyła to wszystko. Szczęście w nieszczęściu, bo poszło jej to bardzo sprawnie, bo wszystko prawie wrzuciła. Zakupy jej zapłacone nadal leżą i czekają nie wiadomo na co... Ocknęła się po raz drugi i opierniczyła syna, że nie pakuje, on oczywiście: A w co? No bo siatek nie kupiła żadnych... Kazała mu lecieć po drugi wózek sklepowy, a ona sama w tym czasie to co spakowała w wózku, przepędzając całą kolejkę wwiozła na sklep. Ja czekam, bo po pierwsze nie mogę rozpocząć kasowania kolejnego klienta, dopóki poprzedni się nie spakuje, a po drugie, po prostu nie było jak. Przyleciał syn z wózkiem, po raz drugi rozwalając całą kolejkę, która już się znacznie skurczyła, bo ludzie mieli dość i odchodzili od kasy i szli obok. Syn zaczął wrzucać rzeczy do wózka, a sama kobieta co zrobiła? Wróciła się po wózek wzieła z niego sałatę i mówi żeby jej nabić, bo ona ma jeszcze pieniądze w torebce na dnie. No to skasowałam, bo nie wiedziałam w jakiej cenie po przecenie jest ta sałata. 1,50zł, kobieta szuka i szuka. 1,24 i ani grosza więcej... No to niepocieszona, mówi, że jednak sałaty nie weźmie. Myślałam, że coś mnie tam trafi. Zaś dzwonek na kierowniczkę, przyszła D. Mówię, że chcę anulację paragonu, bo pani brakło pieniędzy. Jak D. zobaczyłą o kogo chodzi, to myślałam, że ją zamorduje wzrokiem. Jak juz wreszcie poszła sobie, to został już w kolejce jeden klient, który skwitował całą tę sytuację: Synuś też widzę taki niepozbierany jak matka. A mi cała sytuacja zajęła na pewno jakieś 10 minut szargania nerwów. Dziwię się, że jestem taka cierpliwa.

piątek, 13 maja 2011

Zaczął się sezon letni, najgorsza pora roku chyba jaka może być, bo oprócz jedzenia na sklepie lodów, o których wspomniałam w poprzednim wpisie, zdarzają się mężczyźni, którzy chłodzą swoje ciała rozpięciem koszuli i świeceniem mi przed oczami... Niestety często dochodzi tego zapaszek, który się unosi nad nimi. Nie jest to regułą, bo zdarzają się i z pozoru schludni klienci, a zapach też potrafi zabić. No ale cóż, trzeba być twardym, a nie miętkim ;)

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 11
Tagi