Opowiastki z pracy w sklepie z przymrużeniem oka
RSS
piątek, 24 czerwca 2011

Akcje ze złodziejami przyniosły skutek w postaci grupy interwencyjnej. Zjawiła się ona chyba po dwóch dniach w postaci 3 postawnych facetów, którzy zajęli pomieszczenie socjalne i okupowali kamery. W pierwszy dzień nic nie wyłowili, ale w drugi... Trafiło mi się miejsce na pierwszej kasie, zaraz za mną są drzwi do socjalu i jak się z tego nabijamy, że przyszło mi tam królować, bo mam dobry widok na część sklepu i wszystkie kasy. Senny poranek minął, zaczęło się rozkręcać, 3 kasy chodzą, ruchy się staramy wszyscy zagęszczać. Podchodzi mi do kasy dwóch młodych dresów, sądząc po ubraniu niczym żagle. Z rozmowy już słyszę wcześniej, że pobalowali wczoraj, że zaspani, że mogli jeszcze pospać (godzina 11, bo aż spojrzałam na zegarek). Nadeszła ich kolej, standardowe dzień dobry, ogólne wrażenie pełnego luzu i kaca, skasowałam im 2 paczki pierogów ruskich za które zapłacili drobniakami. Dałam paragon i odeszli dwa kroki od kasy, a tu nagle z socjalu za mną wyskakują trzej panowie z grupy interwencyjnej i za szmaty i do środka ich zabrali. No to już wiedziałam, że coś ukradli. Po paru minutach przyjechała policja i dość długo tam siedzieli, a że nadeszła moja kolej by iśćć na przerwę to załapałam się na koniec rozmów policjantów ze złodziejami. Co się okazało, jeden ukradł jedną butlę jim beama, miał ją za paskiem dresów i dostał za to mandat. Drugi natomiast się wkopał konkretnie, bo wziął dwie i zapakował je w nogawki! spodni, ale "miał pecha", bowiem akcyza jednej z butelek była przerwana, ogólnie widać było, że otwierał butelkę, bo zakrętka też była ruszona i nie jest to traktowane jako kradzież, a chyba uszkodzenie mienia i jego sprawa została skierowana do sądu.

Ogólnie się rozeszła wieść, że nie można już u nas kraść na naszych oczach i złodzieje mogą zapomnieć o naszej miejscówce. A jakieś plusy tych wszytkich sytuacji? Przywrócili nam ochronę. :) I mam nadzieję, że dobre wyniki inwentaryzacji już kierownictwa nie zmylą, a przygody ze złodziejami ich czegoś nauczyły.

Był to cudowny wtorek. Na dzień dobry popołudniowej zmianie wsiąkła jedna osoba - rozchorowała się, co oznaczało 4 osoby na zmianie. Zapowiadało się bosko, 3 osoby na kasach (ja, koleżanka A. i kolega D.) i kierowniczka M. mająca zająć się wypiekiem buł, obsługą kasy alkoholowej i prowadzeniem biura i zmiany. To za mało na nasz sklep z największymi obrotami w mieście. Wydawało się, że gorzej być nie może, a jednak. Od ostatniej złodziejskiej akcji minęło parę dni i postanowili oni ponownie odwiedzić nasz sklep. Przyszła znowu trójka, znowu się rozdzielili. Jako, że kolega D. mieszka niecałe 5 minut od sklepu to znał ich jako tako i krążącą nad nimi sławę. Wiedział też co się działo ostatnio i od razu podszedł do jednego gościa. Jeszcze nie zdążył nic powiedzieć, a złodziejaszek jak nie zaczął go wyzywać, słownictwo podwórkowe poszło w ruch pełną gębą. Zwróciła mu uwagę jakaś starsza kobieta, żeby się wyrażał. A ten zaczął się wydzierać na nią. Na to juz D. nie mógł nie zareagować, chociaż do tej pory był spokojny i kazał mu przestać wyzywać klientów. Podeszła też kierowniczka M., która do tej pory obserwowała pozostałą dwójkę, by wspomóc D. i postanowiła uruchomić antynapadówkę i tak też kazała D. który w tym czasie musiał usiąść na kasie, bo się porobiły kolejki. Na to złodziejaszek stanął do niego w kolejce i dalej go wyzywa, chociaż ten zachowuje pełen spokój. Grozi mu, że go zna i że będzie na niego czekał po zamknięciu sklepu, żeby uważał na swoją rodzinę itp. Kierowniczka zaczęła wydzwaniać o pomoc. Na policji jej powiedzieli, że nie mają czasu teraz na interwencję, niech zadzwoni do straży miejskiej. Straż miejska na szczęście powiedziała, że przyjedzie jak szybko może. Natomiast grupa interwencyjna od antynapadówki, aż strach mówić... ma 20 minut na dojazd. :| Dwójka gości opuściła sklep, nie wiadomo czy czegoś nie wynosząc, prawdopodobnie napakowali spodnie kabanosami i innymi kiełbachami, a złodziejaszek z kolejki przeszedł przez kasę D., wyszedł ze sklepu i ponownie wrócił, by znowu wyzywać wszystkich i grozić nam. D. się przestraszył nie na żarty, bo mieszka niedaleko i wiedział, że oni też go znają i znali jego miejsce zamieszkania. Na dodatek ma on żonę i małe dziecko, a z racji pogody już w miarę ładnej, często spacerowała ona po okolicy. Więc zadzwonił do żony by przyszła do sklepu, bo jest taka to a taka sprawa, a ona właśnie była z maluchem na spacerze. Sytuacja się zrobiła na tyle nerwowa, że D. powiedział, że idzie do domu, bo się najnormalniej w świecie boi sam wracać po 22 do domu, a poza tym nie zostawi żony samej. M. zaczęła wiec dzwonić po kogoś, kto by mógł przyjść za niego na te pozostałe 4h do pracy. Udało się kogoś ściągnąć. Złodziejaszek w tym czasie opuścił sklep i krążył jeszcze dookoła niego jakiś czas. Trochę się sytuacja uspokoiła, ale wszystkim nam już się udzieliły niezłe nerwy i koleżanka A. z tego wszytkiego nie wiedziała w pewnym momencie, czy wydała klientce resztę czy nie. No to żeby nie miała manka, M. postanowiła ściągnąć jej kasetkę i przeliczyć. Zostaliśmy sami na kasach, ja i D., dziewczyny w biurze, kolejki na maksa, a tu na dodatek piec z bułami zaczął dzwonić, że się upiekły. Piękny manerw D. w stylu: Przepraszam na moment, poleciał wyłączyć piec i wrócił do kasę. Takiego cyrku to jeszcze nie było u nas... Wróciła A. wszystko się wyjaśniło co do wydanej reszty. Przyjechała straż miejska, ale po złodziejaszku ani śladu już. Pojawiła się także wreszcie grupa interwencyjna. Szkoda, że tak późno i już trochę po czasie... Przyszedł też P. za D. na zastępstwo, a ten poszedł do domu z żoną i dzieckiem. Na szczęście bez przygód. Po tym dniu każdy z nas był wykończony nerwowo, ale odniosło to wreszcie jakiś skutek.

Wakacje... czas urlopów i prób kończenia magisterki... :| Dlatego też opiszę 3 historie, które się wydarzyły już jakiś czas temu. Akcja się dzieje jakieś 2 tygodnie po tym jak zabrali nam ze sklepu ochronę, bo stwierdzili po przeprowadzonej inwentaryzacji, że jest ona zbędna. :| Złodzieje szybko to wyczaili i trzech młodych chłopaków kręciło się po sklepie w ten ferelny dzień. Byli oni nam znani, bo "sława ich juz dawno wyprzedziła". Rozdzielili się, dwóch poszło na non food, jeden na stoisko monopolowe. Jako, że na zmianie było 5 osób, w tym 3 na kasie w tym momencie, to kierowniczka M. poszła pilnować dwójki, a kolega M. czaił się na alkoholach. Ale chłopaczki zero strachu, ani ukrywania się z kradzieżą. Goście z non foodu wzieli sobie 2 sztuki myszy komputerowej, a ten z alkoholu jakąś flaszkę za pasek spodni i do wyjścia. I nic się nie krył z tym przy pracowniku sklepu. Dwójka przeszła przez kasy, a żadna z nas siedzących nie wiedziała o tym, że coś wynoszą. Oczywiście nic nie było też widać, bo ubrania nosili jak żagle na maszcie, takie ogromne. Kierowniczka M. za to ich zatrzymała i mówi, żeby oddali to co wynoszą, tylko ją wyśmiali i poszli. A co ona mogła zrobić, jak to takie chuchro malutkie? Nic. Chwyciła tylko za telefon i zaczęła dzwonić w tej sprawie. Za to kolega M. mówi do chłopaka jeszcze stojąc przy stoisku alkoholowym, że za to musi zapłacić, a ten go wyśmiał i zaczął się stawiać. M. nie pozostał mu dłużny, bo gość zaczął się szarpać i to ostro. Doszło do małej bijatyki, tak że obaj wylądowali na podłodze podczas tej szarpaniny, ale M. się udało zmusić gościa do zostawienia butelki, po czym złodziej opuścił sklep. Po całej sprawie poszło od nas pismo o przywrócenie ochrony. Tak oto rozpoczęły się utarczki ze złodziejami...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Akcja dzieje się na kasie, jak w sumie większość ciekawszych. Skasowałam jakąś starszą babkę, mówię jej " do widzenia", a następna klientka mówi do mnie, zanim zdążyłam powiedzieć jej "dzień dobry", że moje mówione "do widzenia" jest niczym śpiewanie, bo tak melodyjnie to mówię. :D Po skasowaniu babki, bałam się jej powiedzieć "do widzenia", a gdy to zrobiłam, stwierdziła, że też było melodyjnie, ale nie tak jak poprzednio :D Czego Ci ludzie nie wymyślą...

Kolejna akcja z nienormalnej soboty. Jakaś para, którą widzę pierwszy raz na oczy, podchodzi do kasy, mówię zwyczajowe: dzień dobry, a w odpowiedzi słyszę od kobiety: A dzień dobry. Ton co najmniej dziwny, wg mnie ironiczny, no ale się nie uprzedam i mam to gdzieś, bo jakbym się wszytkim przejmowała, to już dawno tam nie pracowała z tymi ludźmi. Skasowałam, podaję kwotę do zapłaty - 30,79, jednocześnie prosząc o złotówkę, bo na koniec dnia już nie miałam czym zbytnio wydawać, a dali 5 dych, w odpowiedzi słysząc krótkie i zdawkowe: nie mam. No dobra zdarza się i mi czasem wyskoczyć do sklepu z samym papierkiem, ale staram się tak nie robić, bo wiem, że drobne czasem naprawdę potrafią ucieszyć i uratować kasjera. Wydaje więc resztę do ręki, a babka tonem damulki mówi: Trzeba przeliczyć! I zaczęła sprawdzać, czy się zgadza.

Rozumiem sprawdzać wydaną resztę, bo każdy się może pomylić, ale nie czynić z tego cyrku, tak wielkiego, że kasjer się poczuł od razu jak jakiś złodziej. 

Siedzę sobie na kasie, nienormalna sobota, przed zamknięciem sklepów w Zielone Świątki. Lecę jak tylko mogę z kasowaniem klientów, aż tu nagle... Już tę stałą klientkę widziałam wcześniej w kolejce, nadeszła jej kolej, jeszcze nie zdążyłam powiedzieć: dzień dobry, a ona mi wypala:

- A tak na panią patrzę, to w sumie ładna pani jest.

Zatkało mnie i wykrztusiłam z siebie tylko proste: dziękuję. A ona kontnuuje:

- No taka ładna dziewczyna z pani. I te okulary tam pasują, dobrze pani wygląda.

Uśmiechnęłam się niezręcznie i podziękowałam ponownie. Coś tam jeszcze mówiła do mnie, ale chyba z tego szoku, dużo nie dotarło do mojego sklerotycznego mózgu. :P Z kolei babka też niczego sobie i jeździ na wózku widłowym u siebie w robocie. ;D

piątek, 03 czerwca 2011

Niczym nie wyróżniający się, dość senny poranek. Do czasu. Przyszedł taki stały klient, zrobił typowe zakupy śniadaniowe i coś tam jeszcze kupił, wyszło 44 z groszami. Wyciąga kartę, wkłada, wbija pin, ale wyskakuje odmowa. Myśli przez chwilę:

- Hmm, dziś jest 3ci, mogło mi pobrać ratę... Nie mam gotówki. Może Pani poczekać moment?

No mogłam, nie było kolejki dużej. I wyciąga telefon, wybiera numer:

- Cześć, siedzisz może przed komuterem? Aha, to wejdź na stronę banku i przelej mi 50 złotych,. Tak, teraz, bo zabrali mi ratę już.

I zwraca się do mnie:

- Już mi narzeczona przeleje za chwilę pieniądze.

Gość po 10 sekundach mówi żeby jeszcze raz spróbować. Poszło. :) Błyskawicznie przeprowadzona akcja ratownicza. :P Klienci stojący w kolejce nie marudzili, a może nawet nie zauważyli? ;)

środa, 01 czerwca 2011

Niechlubnymi bohaterkami tej historyjki są dwie babki, starsza, jak się później okazało matka i córka w wieku na oko 40+ Stanęły w kolejce i rozmawiały. Matkę mogłam zrozumieć, ale córka tak pod nosem coś mruczała, ogólnie niezadowolona na cały świat, jakby jej ktoś kij do dupy wsadził. Przyszła ich kolej kasowania, miały osobno zakupy. Najpierw skasowałam ją, chyba miała dwie lewe ręce, bo ją matka pakowała, a ona sama była zajęta oglądaniem własnych tipsów. Przyszła kolej matki, też została skasowana, wszystko z mojej strony odbyło się kulturalnie, a z tego mamrotania córki pod nosem usłyszałam na odchodne: "Same kaszaloty tu pracują", ale nie zdążyłam się upewnić w tym czy dobrze zrozumiałam, bo córka szybko odeszła, a matka miała minę jakby ktoś ją dźgnął nożem, bo spojrzała wymownie na córeczkę, szybko zabrała swoje zakupy, w tym 12l wody i spłoszona tym co również usłyszała, podreptała za córką. Ta oczywiście nie wzięła wody, bo jej się jeszcze tipsy zlamały...

Są ludzie i parapety, krzesła i taborety. Tylko się przykro czlowiekowi zrobiło.  

Komuś kto nie pracuje w sklepie ciężko być może będzie zrozumieć tę historię. Ogólnie jest tak: kasa monopolowa znajduje się na sklepie, tam zakupione wyższe procenty się kasuje i przedstawia paragon przy kasie, który my podpisujemy, co jest znakiem dla nas, że towar zakupiony na ten paragon już przeszedł przez kasę. Dziś był nowy kierownik z innego sklepu i to on sprzedawał klientom na monopolu. To tyle tytułem wstępu. 

Miałam do roboty na 9, sklep otwarty jest od 8. Siadam sobie na kasie w razie gdy koleżanka z kasy obok ma kolejkę, dochodzi już godzina 9:40 i oto nadchodzi piekielna klientka. Przedstawia mi wino Z i paragon. Podpisany. No to standardowo włącza mi się lampka ostrzegawcza, bo zdarza się, że klienci chcą na ten sam paragon wziąć drugi raz towar. Zerkam na godzinę sprzedaży, 8:42, sprzed godziny. Coraz bardziej nie podoba mi się cała ta sytuacja, więc pytam się babki, kto jej ten paragon podpisał. Na co ona, że to ten pan co jej sprzedał, pytam się więc koleżanki z kasy obok, czy ten nowy kierownik podpisuje sam paragony. Potwierdziła mi, no więc wyszło na to, ze babka przez godzinę zwiedziała nasz sklep, który nie jest przecież taki duży, no ale... Niech jej będzie. I się zaczeło. Babka strzeliła focha, że co to ma być! Że jak traktujemy klienta! Że ona się teraz okropnie czuje, że powinno się to z kierownikiem ustalić, co z tymi paragonami! Że tak nie może być! Pomarudziła jeszcze chwilę i poszła. A ja siadłam i rozkminiam o co ona się tak właściwie oburzyła, nic takiego nie powiedziałam, nie zrobiłam. Całkowity spokój i opanowanie, zero oskarżeń. No cóż, najwidoczniej ten typ tak ma. Dama. A ja swoje obowiązki też mam i pracować chcę.

Przychodzi taki jeden klient i zazwsze stara się ustawiać w mojej kolejce do kasy, by sobie poromansować, pozarzucać tekstami w jego mniemaniu śmiesznymi. Ogólnie gość przy częstym spotkaniu się robi męczący, bo wierzcie mi, żart by kasować co drugi towar, lub dać jakiś rabacik słyszany codziennie po kilka razy, naprawdę traci na śmiesznosci. Na dodatek usłyszał kiedyś moje imię, powiedzmy że brzmi ono Motyl i teraz tylko mi Motylkuje. Przyszedł dziś, nawet specjalnie nie narzucał się skasowałam go i poszedł. I wydawałoby się, że to koniec historyjki, ale gdzieżby tam. Wraca koleżanka z fajeczki na tzw. zewnętrznym, czyli sprzed sklepu. Wchodzi i od wejścia mówi do mnie:

- Nie uwierzysz jak Ci coś powiem.

Widząc jej rozradowaną minę, nie byłam pewna czy chcę to usłyszeć. :P Podchodzi do mnie i do ucha mi szepce:

- Nie wiem skąd ten gośc zna Twoje imię, ale stał i ze mną przez chwilę rozmawiał i powiedział, że "W Motylka oczach to ewidentnie widać brak seksu". :D

 Buahahaha, no cóż... ;)

 
1 , 2
Tagi