Opowiastki z pracy w sklepie z przymrużeniem oka
RSS
piątek, 13 grudnia 2013

Tym razem na wesoło.

Idą święta. W handlu to oznacza najgorszy czas w roku. I to nie tylko dla sprzedawców. Biedni klienci są zakręceni jak słoik ogórków. I tak zdarzyło mi się ostatnio pogadać sobie z klientami:

Kasuję klientkę, prosi o siatkę.

- Zrywkę czy reklamówkę?

- Tak.

<ZONK> I tak jeszcze dwa razy mi się zdarzyło to samo w tym dniu. 

Mówiłam, że zakręceni? ;) 

 

 

Idą święta. W handlu to oznacza najgorszy czas w roku.  I tak wczorajszy dzień był niczym senny koszmar i w ogóle miałam ochotę wyjść z siebie.

W kasetce 400 złotych, a tu od rana stówa stówą pogania. I nadchodzi czas rozmienienia kasy z kasetek koleżanek, bo już nie mam czym wydawać. Aż tu w okolicach 7:30 jakieś pierdółki do 10 złotych i mi wyciąga dwieście... Wydałam wszystkie 5 i 2 złote żeby wydać. Skasowałam dwóch klientów, na szczęście mieli drobne i mnie podratowali, a tu gość kupuje sobie piffko marki piwo i mi wyciąga dwusetkę. Myślę sobie, to jest jakiś cyrk! I mówię do gościa:

- Drobniej proszę. 

- Nie mam.

- A ja nie mam jak panu wydać

- Ale to mnie nie interesuje.

- Przed chwilą wydałam z dwusetki i zostały mi same drobniaki w samych groszach.

- Ale mi to nie przeszkadza.

Swoją drogą nie miałam nawet tych 90 z groszami by mu wydać w tych drobnych. Dlaczego 90? Bo stówki w kasetce to ja miałam aż w nadmiarze. 

- Ale mimo to nie mam panu jak wydać.

- Co mnie to obchodzi?

- No tak... Ma ktoś z państwa rozmienić 200 złotych? - pytam się innych klientów stojących w kolejce. Oczywiście nikt nie ma.

Nie ma to jak sobie z bankomatu wyciągnąć 200, bo one przecież nie wydają po 20 złotych jak nasz pod sklepem... Klient więc spróbował innej techniki. 

- Poproszę kierownika.

- Proszę bardzo.

I tu chwila czekania, a klienci stoją w kolejce i czekają, bo piwo cały czas nabite na kasę. Przyszła kierowniczka, taka konkretna, a gość do niej.

- Pani nie chce mi sprzedać piwa. - nie chcieć to mogę jakby był nietrzeźwy. 

- Chcę, ale nie mam z czego wydać i pokazuję jej nieszczęsną dwusetkę... 

Anulowała mi ten paragon i z politowaniem spojrzała na gościa i zaczyna mu tłumaczyć, że mamy w kasetce 400 złotych i mimo wszystko nie jesteśmy w stanie zapewnić przy takim obrocie sprawy ciągłości w wydawaniu reszty w takich przypadkach (w domyśle - jak ktoś sobie przychodzi rozmienić pieniądze), że nie jesteśmy bankiem, utarg jest zdawany codziennie i to co mamy jest w kasetce kasjerki, że większą szansę na wydanie o tej porze (w domyśle rozmienienie) to ma w kiosku obok, bo on nie zdaje codziennie utargu. Gość się oczywiście dalej oburzał i w końcu "strzelił focha" i obrażony się zaczął szykować do wyjścia i zaczął się wydzierać już całkiem, że to tak być nie może. Na co skwitowała to krótko:

- My nie jesteśmy bankiem, a bankomaty też drobniej wydają. 

Gość wyszedł. A ja? Miałam ochotę wstać i wyjść. Normalnie od samego rana się człowiekowi wszystkiego odechciało. To jakiś cyrk? Albo ukryta kamera? Klienci chcieli mnie podnieść na duchu i oczywiście krótko gościa podsumowali w niezbyt cenzuralnych słowach. Ale ja już byłam wymęczona psychiczne na cały dzień. Pocieszyło mnie tylko to, że dla klientów pozostaję najmilszą kasjerką.

Ja wiem, że klient nasz pan, ale są pewne granice. Wiem też, że niektórym może się wydawać, że jest panem i władcą, ale niestety się mylą. Mój pogląd może się nie spodobać wielu osobom, ale taka jest prawda. 

 

Tagi