Opowiastki z pracy w sklepie z przymrużeniem oka
RSS
niedziela, 23 listopada 2014

To nie był mój dzień. Wybrałam się na zakupy i po prostu stwierdziłam, że jednak mimo wszystko u mnie w sklepie panuje większa kultura.

Idę sobie zerkając co by tu kupić jeśli chodzi o warzywa, aż tu nagle słyszę takie niemrawe "Sorry". Odwracam się, nie było skierowane do mnie, ale już widzę przez kogo i do kogo. Otóż pracownik sklepu próbował przejechać koło stoiska z takim koszem metalowym, na którym często wystawiane są promocje w dyskontach i swoją wypowiedź skierował do kobiety, która przeglądała coś na warzywniaku i go nie zauważyła i nie usłyszała. Przyglądam się sytuacji, a on powtarza się z już głośniejszym, nieprzyjemnym "Sorry", w domyśle "Klient moim wrogiem i tylko mi tu przeszkadza". Usłyszała to kobieta i się spłoszyła robiąc miejsce. Ale mnie już poniosło i się odezwałam:

- Sorry, to pan może mówić do swoich kolegów, a nie do klienta. To nie jest pana koleżanka, żeby się tak zwracał do tej pani. Trochę kultury!

Kobieta spojrzała do mnie i podziękowała mi głową, a ja poszłam dalej. Chamstwa nie zniesę.

Pojechałam następnie do Tesco. Pech mnie prześladował w dalszym ciągu. Stałam już w kolejce do kasy. Kobietka przede mną płaciła kartą, a kasjerka w tym czasie sobie zaczęła sprawdzać telefon i pisać smsa. Jeszcze pół biedy, ale miała zacząć obsługiwać mnie, a zamiast tego zaczęła z owego telefonu dzwonić sobie, chyba do męża.

- No hej, a dzwonię zapytać się czy kupiłeś mi te baterie, o których mówiłam. Aha, no to kup, a nie mogę teraz rozmawiać. A co tam w domu, mała jak w przedszkolu? Aha, no to dobrze. Zadzwonię do Ciebie za chwilę, bo będę szła na przerwę...

Skasowała mnie podczas tej rozmowy, a wcale mało zakupów nie miałam. Oczywiście, ani me, ani be, ani pocałuj się w dupę.  

Wrrr, no kurde, braku kultury nie zniesę!

Poranek, ludzie na ogół kupują śniadanie, ruchu jak na razie żadnego.

Skasowałam jedną kobitkę, pakuje zakupy i nagle mi wyskakuje z tekstem:

- Ale to nie moja flaszka.

- A niby czyja? - rozglądam się, nikogo.  Dzwonię, więc na kierowniczkę. Przyszła, wyjaśniłam jej, wycofała, odłożyła na półkę. Ja lekki nerw.

Mija niecałe dwie minuty, a tu pokazuje się na horyzoncie młody chłopak, ale już powyżej 18 lat, z dwoma bułkami w ręce, w tym jedna już zjedzona do połowy i potwornie przy tym mlaska. Rozgląda się, ja myślę sobie "oho, szuka flaszki".  Zgadłam. Nie znalazł swojej, więc wziął kolejną i kładzie mi na taśmie. 

- Dzień dobry.

-Mlask, bry, mlask.

- To pana flaszka byłą tu wcześniej?

- No, mlask..

- Tak się nie robi, że zostawia się na taśmie, bez powiedzenia ani jednego słowa. 

- No, ale nic się nie stało przecież.

- Stało się, bo zdążyłam już ją skasować innej klientce, zadzwonić po kierowniczkę, a ta zdążyła przyjść i ją wycofać. 

- Mlask, aha, no to sorry.

Skasowałam gościa, a że miałam nerwa, to zwróciłam mu uwagę, że się niezakupionego towaru nie je, ponieważ cały czas mlaskał i trzymał w ręce swoje bułki.

- Mlask.

Wrrr! Ale chyba podniosłam mu ciśnienie, bo w odwecie usłyszałam.

- Czemu pani rzuca moim towarem?

No tak, flaszka to faktycznie, da się trochę szkłem porzucać...

- Szacunek dla chleba!

Że co? Przecież on sam trzyma swoje bułki w ręce, więc o co mu chodzi? :D

- Słucham? "Chleb" to pan trzyma w ręce, więc nie rozumiem?

Zorientował się, strzelił buraka i poszedł. 

Nerw pozostał. Wrrr! 

Tagi